Nie idę na rower. Jeżdżę na rowerze.

Zdjęcie: Alejandro Lopez z Unsplash

Czyli o tym, jak pokochałam rower albo dlaczego jeżdżenie na rowerze jest po prostu fajne.

Mogłabym przytoczyć badania naukowe mówiące o tym, że osoby dojeżdżające do pracy rowerem mają lepszą kondycję, są zdrowsze (np. rzadziej się przeziębiają), a nawet bardziej inteligentne, ale z przytaczaniem takich danych to trochę jak z ostrzeżeniami na pudełkach papierosów… Niby ma to sens, ale czy działa?
Powiem więc inaczej: jeżdżenie na rowerze – (prawie) codziennie i (prawie) przez cały rok – jest przyjemne! Oczywiście intensywność tej przyjemności zależy od wielu czynników i nie wszystkie będę zgłębiać w tym wpisie, ale chciałabym opowiedzieć jak to się stało, że zaczęłam postrzegać rower jako mój główny środek transportu.
Na rowerze jeżdżę od dziecka, zawsze to lubiłam, ale traktowałam rekreacyjnie, tzn. „szłam na rower”. Od czasu studiów mieszkam w Krakowie, mieście stosunkowo płaskim, wbrew pozorom nie tak rozległym, więc wydawałoby się, że świetnie nadającym się na rower. Miałam w czasie studiów rower, ale używałam go do okazjonalnych przejażdżek nie zapuszczając się zbyt daleko.
No dobra. Ktoś mi pomógł. Nie wgłębiając się w kulisy tej historii: Ktoś jeździł na rowerze, zawsze i wszędzie. Zaczęłam odkrywać miasto – i rower – na nowo.
Co w takim razie odkryłam?

1.       Na rowerze wszędzie jest blisko.


Naprawdę. Odkryłam, że do Tyńca (ok. 15 km z krakowskiego Kazimierza) nie trzeba jechać autobusem, bo to całkiem miła przejażdżka na jeden letni wieczór; że do pracy szybciej docieram rowerem niż tramwajem (dojście do przystanku, czekanie, przejazd, wysiadka, dojście do pracy); że wiele miejsc, które wydawały mi się białymi punktami na mapie Krakowa (czytaj: nigdy tam nie byłam, nie wiem gdzie to jest, to musi być okropnie daleko, biorę samochód), mogę dojechać rowerem w mniej niż pół godziny. Itd. Oczywiście wciąż są miejsca, do których najzwyczajniej w świecie nie chce mi się pedałować, ale wciąż wynik jest taki, że dzięki rowerowi miasto wydaje się mniejsze i bardziej przystępne.

2.       Logistyka jeżdżenia na rowerze jest prosta.


Dojeżdżam, dokąd gdzie chcę, nie muszę zasuwać z przystanku czy szukać miejsca do parkowania, nie mówiąc już o parkometrze, drobnych pieniądzach itd. Rower przypinam niemalże gdziekolwiek przy samym miejscu docelowym. Jedyne, co muszę ze sobą zawsze mieć to zapięcie rowerowe (i kluczyk do niego!☺) Toż to czysta wygoda!

2.       Jeżdżenie na rowerze jest po prostu przyjemne.


Codzienna przejażdżka do pracy to lepsza pobudka niż dwie poranne kawy, a wiatr we włosach cudownie działa na zmysły. Do pracy dojeżdżamy rozbudzeni i gotowi do działania (czasem też odrobinę spoceni, ale to temat na osobny wpis – jak tego problemu uniknąć i jak sobie z nim radzić). Jeśli tylko mamy możliwość wybrania drogi dojazdowej, która biegnie przyjemną ścieżką rowerową czy chociaż spokojniejszą lokalną drogą, wtedy podróż do pracy staje się podwójnie przyjemna.

4.       Na rowerze da się jeździć przez cały rok.

Świadomie piszę, że DA SIĘ, bo przyznaję szczerze nie jestem ekstremalną rowerzystką. Są takie dni, kiedy może by się dało, ale naprawdę nie mam ochoty walczyć z żywiołem. Odkryłam jednak, że takich nierowerowych dni jest dużo mniej, niż mi się kiedyś wydawało. DA SIĘ jeździć w deszczowe dni (ile tak naprawdę jest dni, kiedy pada calutki dzień od rana do nocy?), DA SIĘ jeździć zimą (choć wymaga to odpowiedniego przygotowania i odrobiny samozaparcia), absolutnie DA SIĘ jeździć w chłodniejsze wiosenne i jesienne dni. Okazuje się nawet, że w większość tych chłodnych dni jazda na rowerze sprawia, że jakoś oswajamy pogodę i dochodzimy do wniosku, że wcale nie jest taka zła, tylko taka nam się wydaje, kiedy zamykamy się w domu / pracy / samochodzie czy tkwimy nieruchomo na przystanku.

Tych odkryć było jeszcze trochę więcej, ale od tych się zaczęło i te wciąż są aktualne! A jakie są Wasze?


Komentarze

Popularne posty